Harmony Clean Flat Responsive WordPress Blog Theme

Rollercoaster

23.2.15 Kasia i Przemo 0 Comments Category :

Wszystko się tak szybko zmienia. Jeszcze niedawno trzęśliśmy się na myśl o dwudziestostopniowych mrozach, a teraz rozkłada nas na widok najbliższej prognozy w Tajlandii. 38 stopni…?! Eee? Tak. Jest mega gorąco, jazda na rowerze w środku dnia wywołuje uczucie zagotowywania mózgu i zalewania twarzy gorącą słoną wodą. Jazda z zakmniętymi oczami, czemu nie, takie letnie atrakcje na rowerze. W górach było lepiej, ale w górach nas już nie ma. Po kilku tygodniach chłodnych nocy, wyjechaliśmy na wysokości Mae Sot. Nie daliśmy rady, albo może po prostu nie mieliśmy już na to ochoty, a nic już sobie nie musieliśmy udowadniać, bo w Laosie przerabialiśmy już te 20% podjazdy innym razem. Ale od początku.
Z Mae Hong Son wyjechaliśmy pełni zapału, w głowach i mięśniach, cisnęliśmy się do przodu i… ujechaliśmy 10km. Bo nam gorące źródła wyrosły po prawej. I namiot można było sobie rozbić, czytać i rozmyślać pośród gór… a źródła były bardziej lokalne niż w jakikolwiek sposób turystyczne. W dzień może pies się przewinął po okolicy, ale już przy zmroku cała okolica pojawiła się poprostu na codzienną, wieczorną kąpiel w naturalnie gorącej wodzie.
Kolejnego dnia góry nie były aż tak koszmarne. Nie było żadnych 20%, normalne, ludzkie podjazdy i po ponad 100km przy zachodzie słońca zatrzymaliśmy się przy zajeździe służącym do odpoczynku. Był stróż, trawnik, prysznic i ludzie dookoła. Po kilkunastu minutach pojawił się jeszcze motor z parą Włochów, którzy rozbili sobie namiot koło nas. I mówią, że nie mają pojęcie co to za miejsce, ale zobaczyli nasz namiot, to zjechali. Przyjechali na motorze z Włoch i po tym spotkaniu jedno jest pewne – nie chcemy podróżować na motorze ;). Wiecie ile jest papierkowej roboty i zachodu z przechodzeniem granic?!

IMG_1306IMG_1309

IMG_1311IMG_1319

Kolejnego dnia dotarliśmy do Mae Sariang, małego, przyjemnego miasteczka, w którym…


IMG_1322 IMG_1325IMG_1321 IMG_1327

…byliśmy całkiem wcześnie, więc mieliśmy sporo czasu, żeby zastanowić się co tu dalej robić. Siedzimy i patrzymy tak na te wykresy wysokości przed nami i nie wiemy czy się smiać czy brać to na poważnie. Zdecydowaliśmy chyba już rano. Żeby to się jeszcze dało jechać, ale jakoś nie mieliśmy ochoty ciągnąć twarzą po ziemii wpychając nasz dobytek na dwóch kółkach. Zrobiliśmy to po staremu ;). Pojechaliśmy na stopa. Trasa była naprawdę ciekawa, ale szczerze mówiąc, byliśmy naprawdę szczęśliwi, że tym razem nie oglądaliśmy jej z siodełka. To był po prostu szalony rollercoaster, a Kasia większość drogi przejechała z kolorem zielonym na twarzy.
Poprzedniego jeszcze wieczoru w Mae Sariang wyszliśmy wieczorem na spacer, kupiliśmy sobie piwo, usiedliśmy przy jakimś placu i gadaliśmy do późna. Po jakimś czasie poszliśmy kilkaset metrów po jeszcze jedno piwo i w drodze powrotnej zastanawialiśmy się czy już wracamy i wypijemy je sobie po drodze czy idziemy jeszcze chwilkę posiedzieć. Zdecydowaliśmy w końcu, że jeszcze na chwilę usiądziemy. Podchodzimy do miejsca, w którym siedzieliśmy i… oo, a co to za reklamówka… aa..oo, to nie reklamówka, to nasza lustrzanka…

IMG_1328IMG_1331 IMG_1335

W Mae Sot zostaliśmy też na kolejny dzień, bo z niewyjaśnionych przyczyn o poranku nie mogliśmy podnieść się z łóżka, ale dzięki temu mieliśmy okazję trochę pokręcić się po mieście i spróbować trochę birmańskiego jedzenia. Poznaliśmy też Australijczyka na rowerze, który jechał do Birmy, a stamtąd do Indii.
Gdy lecieliśmy z Korei do Tajlandii, bardzo poważnie zastanawialiśmy się nad olaniem lotu powrotnego z BKK i wrócenieniu do domu na rowerach. Problem był tylko taki, że po pierwsze, niespecjalnie mieliśmy ochotę na całą tą drogę przez Chiny, choć to byśmy może przetrawili, ale na Pamir zimą nie byliśmy zupełnie przygotowani sprzętowo. Nie wiedzieliśmy wtedy, że od niedawna otwarta jest granica Birma-Indie… no dobra, a zupełnie się przyznając , to mamy pałę z geografii, bo nawet nie wiedzieliśmy, że Birma graniczy z Indiami. Odkąd dowiedzieliśmy się o otwartej granicy kilka tygodni temu nie możemy przeboleć, bo już byśmy pewnie byli w połowie drogi do domu. A teraz jest boom i wszyscy jak mróweczki na rowerach sobie śmigają z Tajlandii do Indii i na odwrót…

IMG_1345 IMG_1354

IMG_1357

W upał przecisnęliśmy się przez ostatnie góry i dotarliśmy do Tak. Wieczorem zatrzymaliśmy się na obrzeżach miasta już na drodze do Sukhothai, wzięliśmy prysznic i padnięci mieliśmy już przyłożyć głowę do poduszki i odlecieć, ale nazwa miasta jakoś zawsze dobrze do nas mówiła i patrzyła się na nas z mapy wielkimi oczami. Pomimo, że miasta w Tajlandii niespecjalnie lubimy i raczej staramy się je omijać to włączyliśmy laptopa i czytamy – że w tym mieście to nie ma kompletnie nic interesującego i w ogóle nie ma nic dla turystów. Yhm… pomyśleliśmy, że brzmi dobrze, wskoczyliśmy w ciuchy, popedałowaliśmy do centrum i nie myliliśmy się. Tak było jednym z najciekawszych tajskich miast w jakim spędziliśmy wieczór. Pełne życia i przyjaznych, uśmiechniętych ludzi.

IMG_1359 IMG_1360

IMG_1366IMG_1370 IMG_1375





Not your language? Why not try in English here.

RELATED POSTS

0 comments