Chyba uzależniliśmy się na dobre, bo prawie każde wolne ostatnio spędzamy na rowerach. Bliżej albo dalej, ale zawsze nam się trochę jazdy wkręci. W sumie jak nie padamy na twarz po pracy to jedziemy dalej… a jak już totalnie nie mamy siły to pedałujemy dla zasady, do sklepu ;). Chociaż nie zawsze. Ostatnio oboje wstaliśmy o 6.00 do pracy, skończyliśmy w okolicach 14.00, po 16.00 wskoczyliśmy na rowery i przejechaliśmy ponad 90km w kierunku Mallaig… całe popołudnie, albo właściwie wieczór (skończyliśmy jechać o 23.00 – dobrze że tutaj późno robi się ciemno, a aktualnie to w zasadzie zupełnie ciemno nigdy nie jest) i rozbiliśmy sobie namiot nad jeziorem pod wiaduktem :D. Rano obudził nas deszcz, więc ruszyliśmy się dopiero po 10.00, by o 12.00 finalnie dojechać do Mallaig. Wskoczyliśmy na prom, dopłynęliśmy na Skye i jechaliśmy sobie w stronę domu. Skye za wiele nie zobaczyliśmy, bo było dosyć mgliście. No i tak pedałowaliśmy cały kolejny dzięń, jedliśmy po drodze dobre rzeczy i piliśmy dużo kawy :D. Tego dnia przejechaliśmy 153km, wspięliśmy się w sumie ponad 1000m, dojechaliśmy do domu o 23.00 i poszliśmy na imprezę, z której wyszliśmy o 5.00 rano…
1,5 dnia :D
25.5.13 Kasia i Przemo 2 Comments Category : Scotland
Aaa… dostaliśmy półtora dnia wolnego! Pojechaliśmy sobie, najpierw było bezchmurne niebo, później grad, 3 stopnie, ulewy, śnieg padał nawet. Znaleźliśmy szybko fajnych ludzi na warmshowers i pofrunęliśmy w szkocką otchłań;). I kupiliśmy sobie flancę pomidorów w budce telefonicznej :D.
A żeby nie było tak bezinwazyjnie to przy jednym ze zjazdów Kasi się wpadło w poślizg i trochę tylna przerzutka nie bardzo chce współpracować. Ale na szczęście Kasia jest cała i zdrowa, a przerzutką się zajmiemy jak będziemy mieć chwilę czasu… na razie się nie zapowiada.
Gdzie indziej stąd
17.5.13 Kasia i Przemo 1 Comments Category : Poland , Scotland
Nie pierwszy raz uświadomił nam Wrocław, że oddala się co raz bardziej. I nie ma już sentymentu, chociaż tyle miejsc, wydarzeń, koncertów i fajnych chwil. W pamięci. Nawet wpadniemy czasem na jakichś nieziemskich ludzi, czajownia wciąż jest, ale to już nie to. Zauważyliśmy to już w zeszłe wakacje, że tęskniliśmy za niczym. A może taki nasz fart, że mieszkaliśmy tam w najlepszym okresie tego miasta. Otwarte miasto? Ha, ha. Może zostało gdzieś na sloganie. I nie pomoże już CRK, wszystkie otwarte umysły tego miasta. Zostało dresiarstwo, pierdolony śląsk wrocław i rynek wypełniony zielonymi szalikami szukającymi zaczepki, bo nie potrafią nic więcej. Gdzie jest moje miasto? Nie widzę już artystów, 11 listopada lepiej nie wychodź z domu, bo z idiotami w większej grupie walka nie ma większego sensu. Co jest? Nie wiem, ja już nie chcę, już tam nie mieszkam, co mnie to w ogóle…
Oddaliliśmy się, a poza tym w ramach wizyty w Polsce wyskoczyliśmy do Berlina do Eweliny. Kiedy my się już tam zbieraliśmy? W końcu dotarliśmy, Karolę wyciągnęliśmy ze sobą i fajnie się stopowało. Fajnie zobaczyć się z Eweliną, ale Berlin trochę nas postraszył swoimi wielkimi ulicami wielkich budynków. Zaskakujące, dziwne miasto. Głębiej niż półtora dnia musielibyśmy się w nim zanurzyć, żeby coś sensownego napisać…
Fort Augustus za to, jak Fort Augustus. Góry, jezioro i cisza wychodząc na ulicę. Dziko rosnące pole czosnku niedźwiedziego, dziko rosnący rabarbar, za to lubimy to być. No i sporo pracy, ale przecież po to tu przyjechaliśmy. Ale fajnie się zanurzyć rowerem między niesamowite krajobrazy mając chwilę wolnego. Mogłoby być tylko trochę cieplej i mniej padać :). Ale tego chyba nie zmienimy. Lepiej przywyknąć, zatem, chyba. Nie przywykliśmy jeszcze?
Film, film!
16.5.13 Kasia i Przemo 2 Comments Category : Laos , Thailand
Zapraszamy na nasze 70 rowerowych dni przez Tajlandię i Laos upchnięte w 10 minut.
Pamiętajcie żeby włączyć HD ;) I dać pełny ekran ;)
Europo witaj nas…
21.4.13 Kasia i Przemo 1 Comments Category : England , Poland , Scotland
Powrót… UK :)
Po długim locie wylądowaliśmy w Londynie. Szybko i sprawnie rozpakowaliśmy i skręciliśmy na lotnisku rowery. Ubraliśmy się w cieplejsze ciuchy i opuściliśmy terminal. Trochę byliśmy przestraszeni Londynem opuszczając lotnisko, że super europejska metropolia, wszędzie będą obostrzenia, kierowcy nie będą nas lubić za to że jedziemy rowerami i nie będzie fajnie. Tymczasem z lotniska do naszych warmshowersowych hostów prowadziła niemal bez przerwy ścieżka rowerowa, a ludzie byli mili i pomocni gdy wyglądaliśmy jakbyśmy się zgubili. Zimno tylko nam trochę było, bo były 4 stopnie, czyli jakby nie patrzeć prawie 10 razy mniej niż podczas ostatniej jazdy pokazywał nam nasz termometr pokładowy. Ale Kasia znalazła po drodze na trawniku jedną rękawiczką, więc jak prowadziła jedną ręką, a drugą trzymała w kieszeni to przynajmniej nie zamarzały jej dłonie :).
Dojechaliśmy do Margitty i Nicka, którzy przyjeli nas tak ciepło, że od razu zrobiło nam się przyjemniej. Resztę dnia spędziliśmy pijąc herbatę, dokładając drewno do kominka i rozmawiając bez końca jak z dobrymi przyjaciółmi, mimo że Margitta i Nick byli od nas na oko dwa razy starsi. Rowerami byli chyba na wszystkich kontynentach, przejechali m.in. Kunjerab Pass, a i sporo rozmawialiśmy o Nowej Zelandii, bo nam się marzy. W końcu po 3,5 tysiąca km ktoś powiedział nam, że Kasię boli kark, bo ma ewidentnie za daleko kierownicę… coż, lepiej późno niż wcale :). Dostaliśmy też na własność przytulną sypialnie z przyjemną, puszystą pościelą, w której się zatopiliśmy i spaliśmy jak dzieci…
Rano przy śniadaniu wpadliśmy na pomysł pojeżdżenia we czwórkę rowerami po Londynie. Na szczęście pożyczyli nam trochę swoich ciepłych ciuchów (i na szczęście Nick też był prawie mojego wzrostu :P), bo w innym wypadku byśmy zamarzli. Londyn okazał się niesamowicie przyjazny rowerom – przez cały Londyn prowadzą niebieskie ścieżki rowerowe (nazwane rowerowymi autostradami). A Nick okazał się niesamowitym przwodnikiem, bo o Londynie wiedział wszystko. A popołudnie spędziliśmy bardzo angielsko, bo oglądaliśmy w TV słynny londyński wyścik kajakowy między Oxfordem a Cambridge. W planach mieliśmy podejść, zobaczyć to na żywo, ale wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że w tej temperaturze przyjemniej będzie zostać przy kominku :). A wieczorem zrobiliśmy pierogi…
Kolejnego dnia mieliśmy chodzić po muzeach, ale obudziliśmy się z gorączką. W sumie to nie wiemy czemu, może szok temperaturowy? Ja większość dnia przeleżałem w łóżku, tylko Kasia dała radę uczestniczyć w życiu domowym, a Margitta i Nick przynosili nam herbatę i opiekowali się nami jak najcudowniejsi ludzie na świecie.
Rano już zebraliśmy się do Glasgow. Nick o 4:30 rano podrzucił nas na dworzec (!), bo stwierdził że prościej mu nas podrzucić niż wytłumaczyć jak dojechać :). To byli naprawdę niesamowici ludzie. Nie mogliśmy jednak pojechać tym pociągiem, bo nie zrobiliśmy rezerwacji na rowery i było tylko jedno miejsce na rower. Na szczęście kolejny o 7.30 miał i bez problemu zmienili nam bilety na kolejny.
W Glasgow spotkaliśmy się z Jowitą i spędzilismy spokojny wieczór. A kolejnego dnia wybraliśmy się z jej 7-letnim synem Marcelem na 40-kilometrową wycieczkę rowerem nad jezioro. Fajnie było. I nawet słońce nam świeciło. A wieczorem zrobiliśmy na naszą czwórkę cztery pizze :).
Zostawiliśmy u Jowity w jej małym mieszkanku nasze sakwy i rowery, pomimo że miała w nim już cztery swoje! Trochę się zapóźniliśmy z angielskimi funtami, ostatni pociąg żeby zdążyć na lotnisko mieliśmy o 8.30, a banki otwierają się o 9.00. Biegaliśmy więc rano jak głupki od sklepu do sklepu pytając czy ktoś by nam nie wymienił szkockich na angielskie, wymienialne w Polsce. Wywmieniali nam więc po 20-40, aż w jednym całodobowym sklepie Pan wygrzebał 170. W sumie nawet trochę nazbieraliśmy…
Do Polski!
Tak wyszło, że zostały nam jeszcze ponad trzy tygodnie wakacji w Polsce. Lot mieliśmy z Glasgow do Warszawy. Słyszeliśmy, że w Polsce jest ciągle zimno, ale czegoś takiego się nie spodziewaliśmy. Chmury gęstą pierzyną przykryły cały kraj, z której wyłoniliśmy się dopiero na minutę przed lądowaniem. Było zimno jak w styczniu gdy wyjeżdżaliśmy, a na płycie lotniska leżały poodgarniane metrowe zwały śniegu. I my, w letnich ciuszkach i płóciennych butach.
Na resztę dnia zabunkrowaliśmy się u cioci w mieszkaniu, a rano zamiast na stopa, wsiedliśmy w autobus…
Przyjechaliśmy do Trzebnicy, do domu Kasi rodziców, którzy w tym czasie jeździli we Włoszech na nartach. Na wyjazd wyłączyli piec, więc w domu było 12 stopni, a my nie za bardzo mieliśmy pojęcie jak go uruchomić :). Zadzwonić spytać nie mogliśmy, bo to wszystko niespodzianka, nikt nie wiedział że przyjeżdżamy. Skoczyliśmy więc do Brico Marche po trochę drewna i resztę dnia spędziliśmy przy kominku.
Jak już kilka linijek wyżej wspomniałem, nikt nie wiedział, że przyjeżdżamy. Na pierwszy ogień poszła moja mama :). Zadzwoniliśmy do niej, że właśnie dotarliśmy do Szkocji i naściemnialiśmy, że bardzo potrzebny jest nam numer z jakiegoś szkockiego dokumentu, który podczas ostatniej wizyty zostawiliśmy w Trzebnicy. I to pilnie! A Kasi rodziców w Trzebnicy nie ma, jest tylko dziadek który nie wie gdzie co leży i czy może mogłaby podjechać nam to wygrzebać i podać. Moja mama po pracy więc wskoczyła do auta i pognała do Trzebnicy… a tam zamiast dokumentów znalazła nas… mina po otwarciu drzwi – bezcenna :).
Kasi rodzice za to nie zaskoczyli się tak bardzo naszym widokiem, bo wcześniej nas poczuli. No, zdradziły nas wieczorne przygotowania wege smalcu i innych podniebiennych przyjemności. Chociaż też trochę się zdziwili jak już rzeczywiście zobaczyli nas śpiących sobie w sypialni, gdy przyjechali o 4.00 rano…
No i tak jesteśmy sobie w Polsce. Cieszymy się chodząc do kina, na koncerty, do czajowni (!) i spędzając czas z rodziną. Po prostu będąc tu. Ale czas leci bardzo szybko. Jeszcze tylko tydzień i wracamy do Szkotlandii… niestety z Polski nie mamy za bardzo zdjęć, bo rozładowały nam się baterie w aparacie, a worek z kablami i ładowarkami zamaist do plecaka odruchowo wsadziliśmy do sakwy i został u Jowity ;).