Dzień z Tbilisi
18.7.10 Kasia i Przemo 6 Comments Category : Georgia
Wstajemy później niż zwykle. Pijemy kawę parzoną po turecku i wychodzimy na zewnątrz. Za 50 tetri kupujemy gruziński chleb, pieczony w kamiennym piecu przez 8-letniego chłopca. Pracuje tu wraz z ojcem od rana do nocy, dziś również, a jest niedziela. Możemy podjechać metrem, ale wolimy się przespacerować, bo wtedy możemy się przejść przez niedaleko ulokowany bazar ze wszystkim, co moglibyśmy chcieć kupić. Tutaj kilka lari wystarczy, żeby zaopatrzyć się w kilka kg owoców, ale niełatwo się chwilami ze sprzedawcami porozumieć. My nie mówimy po gruzińsku, nikt tutaj nie mówi po angielsku. Jedyne o co czasem pytają, to "do you speak english?" - i dalej po swojemu. Przeciskamy się między tłocznymi straganami, przystajemy na moment żeby wypić gazowaną lemoniadę z estragonu. Wymieniamy kilka dolarów w kantorze, które usytuowane są tutaj co kilkaset metrów i zjeżdżamy w dół najgłębszego metra na świecie. Mało kto się uśmiecha. Na kolejnej stacji wsiada starsza kobieta i klęcząc przy wejściu wykrzykuje litanię. Ludzie, jeden po drugim, wrzucają jej do kubeczka po kilkadziesiąt tetri. Na kolejnej stacji wysiada, przesiada się do kolejnego wagonu i powtarza doskonale już wyćwiczoną scenę. Wysiadamy na Tawisuplebis Moedani (Plac Wolności) i przy internecie przeczekujemy najgorętszą porę dnia. Gdy wychodzimy jest już przyjemniej. Dziś i tak mamy szczęście, bo chmury ograniczają skutecznie gorące powietrze. Kupujemy chaczapuri za 80 tetri, butelkę wody za 1 lari i ruszamy pod górę. Wspinamy się mozolnie, najpierw krętą ulicą, a następnie stopień po stopniu. Kiedy wdrapujemy się na najwyższy szczyt Tbilisi, spływa z nas ocean potu. Chodzimy po parku rozrywki znajdującym się na szczycie. Nie działa połowa atrakcji i już nie jest tak kolorowo jak na ulotce, ale mimo to całkiem przytulnie. Przyglądamy się rodzinie próbującej coś wygrać rzucając gumowymi kulkami w coś co przypomina rosyjskie matrioszki. Zastanawiamy się co wygrają, skoro pięcioma, udało im się zbić 5 obok siebie. Wygrywają gazetkę FIFA, o mistrzostwach świata, które skończyły się tydzień temu. Leniwie kontemplujemy z ławki rozkoszny widok na miasto. Schodzimy, a nogi powoli zaczynają się trzęść ze zmęczenia zawstydzając nas śmieszną wytrzymałością po naszym mini trekkingu. Rzeczywiście, po górach nie chodzimy za często. Mijamy polską ambasadę, przy której, jak przy wszystkim w tym mieście, stróżuje policjant. Przechodzimy jeszcze kilka ulic pomiędzy samochodami, które za nic tutaj nie chćą przepuścić pieszych. Wstępujemy jeszcze na bazar wydać kilka lari na warzywa, żeby zabrać je jutro ze sobą. Przychodzimy do domu, bierzemy prysznic. Na kolację jemy arbuza, kupionego na bazarze razem z warzywami. Jutro ruszamy dalej...









