Tak... dawno nas tu nie było:)
Co u nas? Zdążyliśmy od grudnia dwa razy zmienić miejsce swojego zamieszkania, w końcu się trochę podleczyć. Wypić w sylwestra piccolo, upajając się fajerwerkową panoramą Wrocławia, pobawić się na koncertach, spędzić sporo seansów w kinie i przeczytać kilka ciekawych książek.I oczywiście - sporo wspólnego gotowania, trochę wybitnych wegańskich zdobyczy i ostatnio obsesja... doprowadzenia pizzy do perfekcji:). Gdyby je wszystkie policzyć, w ciągu ostatniego miesiąca w naszym kuchennym zakątku w ciągu ostatniego miesiąca powstało chyba ponad 20. pizz...
W ten sposób przygotowywaliśmy się do wyjazdu w krainę podniebiennej rozkoszy. Raj miłośników rozkosznej kawy, najcudowniejszych lodów i łechcącej podniebienia... pizzy:).
Znów ryanair;), a tym razem Włochy. Bolonia. Niekończące się spacery kilometrów arkad, klimatyczne kawiarnie i... setki euro wydane na zajebiste jedzenie:)! Bolonia ma coś w sobie co hipnotyzuje, a niektóre ulice, gdyby zabrać z niej modnie ubranych ludzi i nowoczesne samochody, równie dobrze mogłyby tak wyglądać wiele lat temu.
Ostatnią sobotę karnawału spędziliśmy w Wenecji, gubiąc się w dziesiątkach klimatycznych ulic przecinających weneckie kanały. Ścisk karnawałowy był jednak niesamowity, a do jadącego z Bolonii do Wenecji pociągu ludzie na peronach po drodze po prostu nie byli już w stanie wsiąść, taki był w nich tłok. Kolorowe, szalone przebrania, magiczne maski i wiosna w powietrzu, bo wyjątkowo dopisała nam pogoda podczas tych kilku dni. I wymarzone poranki... na śniadanie cudowna kawa poprawiona lodami, które we włoszech naprawdę są najlepsze na świecie. A na lunch pizza... również najlepsza na świecie :)!
I Elena, u której zatrzymaliśmy się w drugiej części wyjazdu. Niesamowita, inspirująca, wręcz magiczna osoba. Długie, niezwykłe rozmowy o marzeniach, wolności i szczęściu, wieczorny wypad do pizzerii i sobotnie dinner party. Przygotowane przez nią, jej siostrę i jej znajomego, który zmajstrował zdecydowanie wybitny seitan - szczególnie, że robił go pierwszy raz:). Jeszcze niedzielne spacery po lokalnych, osnieżonych i cichych górkach i już żegnaliśmy się na lotnisku...
Magiczne były walnetynkowe Włochy. Magiczne... i pyszne... :)
nuchypampuchy
3.12.11 Kasia i Przemo 2 Comments Category : Poland
Pierwszy w historii naszego bloga miesiąc bezwpisowy Odszedł po cichutku. Pojawił się grudzień - cały szał przedbożonarodzeniowy już w pełni. A my trochę obok wszystkiego.
Listopad, a i nawet październik, spędzaliśmy na byciu ze sobą. Na cieszeniu się swoją obecnością. Na maratonach filmowych. Pewnego razu nawet przesadziliśmy i musieliśmy na jakiś czas odstawić filmy:).
Na gotowaniu. W październiiku potrawą miesiąca była pizza, jedliśmy ją codziennie, bo była wyborna i szybka w przygotowaniu. Robiliśmy dwa kolejne podejścia do seitanu, którego efekt nas bardzo pozytywnie zaskoczył. Niemniej jednak brak dobrej marynaty sprawia go niejadalnym :D. Tak! To jest pierwsza w życiu rzecz, której Przemo nie był w stanie zjeść ;). Zrobiliśmy seitan w biedronkowej marynacie tajskiej. Wcześniej przemowa mama użyła trochę do swojego kuraka i jej bardzo smakowało, ale nie zwróciła uwagi na ten smak, który uniemożliwiał Przemowi jedzenie! Seitan wyszedł słodki!!! Jedliśmy sałatkę z ziemniaczkami i seitanem imitującym kolorystycznie mięso, który w smaku był jak cukier:).
Na rozwijaniu swoich pasji - ja czasem jak w amoku dniami i nocami szyłam na maszynie. Zaczynając od całkiem prostych rzeczy jak skrócenie nogawek przez wyszywaniu ślubnej serwety dla rodziców, stroju baletowego dla Karoli, koszuli, kończąc na saszetkach i tabaktaszach - na pomysł tych ostatnich wpadł Maciej.
Na chorowaniu - to chyba jest już naszym znakiem rozpoznawczym -> KasiaiPrzemo - wiecznie chorzy ;) Chyba powinniśmy zmienić podpis na górze pod adresem bloga na w/w. Cotygoniowe odwiedziny lekarza z powodu mojego refluxu i przemowego osłabienia organizmu. Hehe nawet ostatnio Przemo wylądował u chirurga pod skalpelem, ale to już osobna bajka i nawet wcale nie śmieszna :D. "To czemu się śmiejesz? - a widziałeś kiedyś uśmiech do góry nogami?". Nie, to nie jest śmieszne :D.
Na koncertach - część biletów wygraliśmy, na część poszliśmy z wsa pisząc relacje i robiąc koncertowe foty. Do obejrzenia na wsa.org.pl. Byliśmy w filharmonii i zadecydowaliśmy, że odwiedzać ją będziemy częściej.
Odnajdując nową muzykę - wokalistki Mirel Wagner, ostatnio Rykarda Parasol. Tworzące swój niepowtarzalny styl, każda piorunuje wokalem, zachwyca wrażliwością. Pojawiło się też kilka nowych płyt. Zielone Żabki nagrały płytę "Alternatywne światy", niestety nie mieliśmy okazji posłuchać ich jeszcze na żywo. Ale za to byliśmy na koncercie Żywiołaka, który promował nową płytę i nowe wokalistki. Koncert fantastyczny, pełen enegrii, a za sprawą nowych artystek, pozytywnych wibracji ze sceny oraz niesamowitego szoł Nina Nu, można było na moment stanąć twarzą w twarz z ich psychodelicznym krasnalem:) i odpłynąć przy dźwiękach liry.
Na spacerach - mimo iż Oława w żadnym stopniu nie nadaje się do romantycznego spacerowania, nam się udało kilka razy uchwycić mino wszystko niesamowity pejzaż dzięki pogodzie. Nad rzeką mgła przy zachodzącym słońcu. W parku pełnym żółtozłotych liści, przy każdym powiewie wiatru niczym brokatem obsypywany trawnik. W poszukiwaniu ucha bzowego, naszego najnowszego odkrycia podczas pewnego grzybobrania! Zbierając liście i robiąc z nich róże, ciesząc się sobą.
Świętując urodzinowy listopad. My mamy to szczęście, że nasze urodziny są jedne po drugich w odstępie 17 dni i każdy przez swój okres może cieszyć się ponad tygodniowymi urodzinami. Cóż to za feta! Pojawiły się babka waniliowo czekoladowa z kadzidełkiem zamiast świeczki, a Przemo w zupełnej tajemnicy przygotował wegański tort czekoladowy dla maużo(wi)nki.
Cały ten czas towarzyszy nam niewiarygodnie ładna pogoda. Teraz jest już grudzień, czas myśleć o śniegu, a za oknem póki co ani widu, ani słychu. Sporadycznie tylko rankiem pojawiają się oszronione pejzaże przypominjące o tym, że Pani Zima zbliża się do nas wielkimi krokami.
Listopad, a i nawet październik, spędzaliśmy na byciu ze sobą. Na cieszeniu się swoją obecnością. Na maratonach filmowych. Pewnego razu nawet przesadziliśmy i musieliśmy na jakiś czas odstawić filmy:).
Na gotowaniu. W październiiku potrawą miesiąca była pizza, jedliśmy ją codziennie, bo była wyborna i szybka w przygotowaniu. Robiliśmy dwa kolejne podejścia do seitanu, którego efekt nas bardzo pozytywnie zaskoczył. Niemniej jednak brak dobrej marynaty sprawia go niejadalnym :D. Tak! To jest pierwsza w życiu rzecz, której Przemo nie był w stanie zjeść ;). Zrobiliśmy seitan w biedronkowej marynacie tajskiej. Wcześniej przemowa mama użyła trochę do swojego kuraka i jej bardzo smakowało, ale nie zwróciła uwagi na ten smak, który uniemożliwiał Przemowi jedzenie! Seitan wyszedł słodki!!! Jedliśmy sałatkę z ziemniaczkami i seitanem imitującym kolorystycznie mięso, który w smaku był jak cukier:).
Na rozwijaniu swoich pasji - ja czasem jak w amoku dniami i nocami szyłam na maszynie. Zaczynając od całkiem prostych rzeczy jak skrócenie nogawek przez wyszywaniu ślubnej serwety dla rodziców, stroju baletowego dla Karoli, koszuli, kończąc na saszetkach i tabaktaszach - na pomysł tych ostatnich wpadł Maciej.
Na chorowaniu - to chyba jest już naszym znakiem rozpoznawczym -> KasiaiPrzemo - wiecznie chorzy ;) Chyba powinniśmy zmienić podpis na górze pod adresem bloga na w/w. Cotygoniowe odwiedziny lekarza z powodu mojego refluxu i przemowego osłabienia organizmu. Hehe nawet ostatnio Przemo wylądował u chirurga pod skalpelem, ale to już osobna bajka i nawet wcale nie śmieszna :D. "To czemu się śmiejesz? - a widziałeś kiedyś uśmiech do góry nogami?". Nie, to nie jest śmieszne :D.
Na koncertach - część biletów wygraliśmy, na część poszliśmy z wsa pisząc relacje i robiąc koncertowe foty. Do obejrzenia na wsa.org.pl. Byliśmy w filharmonii i zadecydowaliśmy, że odwiedzać ją będziemy częściej.
Odnajdując nową muzykę - wokalistki Mirel Wagner, ostatnio Rykarda Parasol. Tworzące swój niepowtarzalny styl, każda piorunuje wokalem, zachwyca wrażliwością. Pojawiło się też kilka nowych płyt. Zielone Żabki nagrały płytę "Alternatywne światy", niestety nie mieliśmy okazji posłuchać ich jeszcze na żywo. Ale za to byliśmy na koncercie Żywiołaka, który promował nową płytę i nowe wokalistki. Koncert fantastyczny, pełen enegrii, a za sprawą nowych artystek, pozytywnych wibracji ze sceny oraz niesamowitego szoł Nina Nu, można było na moment stanąć twarzą w twarz z ich psychodelicznym krasnalem:) i odpłynąć przy dźwiękach liry.
Na spacerach - mimo iż Oława w żadnym stopniu nie nadaje się do romantycznego spacerowania, nam się udało kilka razy uchwycić mino wszystko niesamowity pejzaż dzięki pogodzie. Nad rzeką mgła przy zachodzącym słońcu. W parku pełnym żółtozłotych liści, przy każdym powiewie wiatru niczym brokatem obsypywany trawnik. W poszukiwaniu ucha bzowego, naszego najnowszego odkrycia podczas pewnego grzybobrania! Zbierając liście i robiąc z nich róże, ciesząc się sobą.
Świętując urodzinowy listopad. My mamy to szczęście, że nasze urodziny są jedne po drugich w odstępie 17 dni i każdy przez swój okres może cieszyć się ponad tygodniowymi urodzinami. Cóż to za feta! Pojawiły się babka waniliowo czekoladowa z kadzidełkiem zamiast świeczki, a Przemo w zupełnej tajemnicy przygotował wegański tort czekoladowy dla maużo(wi)nki.
Cały ten czas towarzyszy nam niewiarygodnie ładna pogoda. Teraz jest już grudzień, czas myśleć o śniegu, a za oknem póki co ani widu, ani słychu. Sporadycznie tylko rankiem pojawiają się oszronione pejzaże przypominjące o tym, że Pani Zima zbliża się do nas wielkimi krokami.
9/11 [HD] Movie
3.10.11 Kasia i Przemo 4 Comments Category : Poland
Enjoy:)
Niestety nie da się na blogu zamieścić filmu w HD. Nic straconego, w HD można go obejrzeć na naszym facebooku, pod adresem: http://www.facebook.com/photo.php?v=241269999253665
W HD nie w każdej przeglądarce i nie zawsze chodzi płynnie. Nie reklamując, ale u nas najpłynniej śmiga na firefoxie;).
Niestety nie da się na blogu zamieścić filmu w HD. Nic straconego, w HD można go obejrzeć na naszym facebooku, pod adresem: http://www.facebook.com/photo.php?v=241269999253665
W HD nie w każdej przeglądarce i nie zawsze chodzi płynnie. Nie reklamując, ale u nas najpłynniej śmiga na firefoxie;).
Kawa z szafranem i kardamonem, parzona w tygielku. I wietnamska, parzona po wietnamsku. Na ścianach sporo map, orientalnych obrazów i ogrom wschodnich przypraw. Nie, tym razem nie byliśmy w Azji, ale w Toruniu u Moniki, która właśnie wróciła z 7. miesięcznej podróży po Dalekim Wschodzie i Nowej Zelandii.
Od dawna chcieliśmy odwiedzić to miasto. Kiedyś nawet ruszyliśmy w tamtą stronę, ale ostatecznie zatrzymaliśmy się w Poznaniu. Sporo w Toruniu urzekających ulic, klimatycznych zakamarków i pięknych kamienic. Nie za bardzo mieliśmy ochotę na pierniki. Wybraliśmy się za to do Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie odkryliśmy, że rzeczywiście chyba wszystko jest sztuką, co artysta sztuką nazwie (jak głosił napis w toalecie). Znaleźliśmy klimatyczną kawiarnię ('Draże' - polecamy) i napatrzyliśmy się na niesamowitą panoramę miasta nocą. No i wieczorne rozmowy z Moniką na każdy temat... zdecydowanie Toruń nas nie zawiódł.
Ale wróćmy do początku naszej polskiej, wrześniowej włóczęgi... ;)
Nie co za to zawiedliśmy się na Krakowie, do którego pojechaliśmy najpierw. Kraków okazał się mocno przereklamowany i chyba - jak na Polskę szczególnie - zbyt turystyczny. Po jednym dniu więc uciekliśmy w Bieszczady.
Cały dzień zajęło nam przejechanie z Krakowa do Stefkowej, gdzie mamy rodzinę, a już rano kolejnego dnia wyruszyliśmy na szlak. Pierwszego dnia weszliśmy od Ustrzyk, przez Szeroki Wierch na Tarnicę i mimo średniej pogody i tak byliśmy w niebo wzięci. Nie chodziliśmy za bardzo wcześniej po górach, a już pierwszego dnia odkryliśmy, że nie wiedzieliśmy, co tracimy.
Kolejnego dnia weszliśmy od Ustrzyk na Połoninę Caryńską, przeszliśmy całą, zeszliśmy i zaczęliśmy wchodzić na Wetlińską, żeby noc spędzić w schronisku. Naprawdę - ledwo weszliśmy;), a jak przy szlaku nie było barierek, to musieliśmy trzymać się trawy żeby nie upaść ze zmęczenia;). W końcu jednak weszliśmy, zostaliśmy na noc w Chatce Puchatka, a rano ruszyliśmy dalej. W kilka godzin dokończyliśmy Wetlińską i wróciliśmy do Stefkowej. Ostatniego dnia zrobiliśmy obie Rawki, z których mieliśmy niesamowity widok na wszystko, co w poprzednie dni przeszliśmy...
Dawno żadne miejsce nie zrobiło na nas takiego wrażenia. Pięknie jest w Bieszczadach, cudownie jest chodzić po bieszczadzkich górach, błogo patrzeć jest na bieszczadzkie krajobrazy!
Z Bieszczad pojechaliśmy na Mazury, żeby przez tydzień pożeglować z Darią i Tomkiem.
Nieco zimniej niż na południu, ale miło minął tydzień. Brak wiatru i wiatr gigant, ogromne porcje ryżu, kąpiele w lodowatych jeziorach i niesamowite zachody słońca:). Po prostu, miły tydzień na żaglówce:).
Z Mazur pojechaliśmy do Wawy, gdzie spędziliśmy jeszcze półtora dnia z niesamowitą rodziną, jaką tam mamy:). A w Warszawie jak zawsze cudownie. Stolica jest drugim po Wrocławiu miastem w Polsce, do którego gdy przyjeżdżamy, czujemy się jakbyśmy przyjeżdżali do domu. I niesamowite odkrycie! Au Lac, czyli wietnamska, wegańska restauracja, gdzie menu ma 50 wegańskich pozycji! I co to są za pozycje... wegańskie Pho, wegańska ryba, wegańskie krewetki... czujecie to? Bo nasze podniebienia poczuły rozkosz:)
A z Wawy pojechaliśmy do Torunia, o którym napisaliśmy na początku:).
Miło minął nam wrzesień, który w ekstremalnym skrócie opisaliśmy:). Zdecydowanie zakochaliśmy się w Bieszczadach...
Wszystkie zdjęcia (również zaległe woodstockowe) znaleźć można u nas na picasie (klik), lub po w odnośniku po lewej stronie bloga (ZDJĘCIA 2010-...).
Od dawna chcieliśmy odwiedzić to miasto. Kiedyś nawet ruszyliśmy w tamtą stronę, ale ostatecznie zatrzymaliśmy się w Poznaniu. Sporo w Toruniu urzekających ulic, klimatycznych zakamarków i pięknych kamienic. Nie za bardzo mieliśmy ochotę na pierniki. Wybraliśmy się za to do Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie odkryliśmy, że rzeczywiście chyba wszystko jest sztuką, co artysta sztuką nazwie (jak głosił napis w toalecie). Znaleźliśmy klimatyczną kawiarnię ('Draże' - polecamy) i napatrzyliśmy się na niesamowitą panoramę miasta nocą. No i wieczorne rozmowy z Moniką na każdy temat... zdecydowanie Toruń nas nie zawiódł.
Ale wróćmy do początku naszej polskiej, wrześniowej włóczęgi... ;)
Nie co za to zawiedliśmy się na Krakowie, do którego pojechaliśmy najpierw. Kraków okazał się mocno przereklamowany i chyba - jak na Polskę szczególnie - zbyt turystyczny. Po jednym dniu więc uciekliśmy w Bieszczady.
Cały dzień zajęło nam przejechanie z Krakowa do Stefkowej, gdzie mamy rodzinę, a już rano kolejnego dnia wyruszyliśmy na szlak. Pierwszego dnia weszliśmy od Ustrzyk, przez Szeroki Wierch na Tarnicę i mimo średniej pogody i tak byliśmy w niebo wzięci. Nie chodziliśmy za bardzo wcześniej po górach, a już pierwszego dnia odkryliśmy, że nie wiedzieliśmy, co tracimy.
Kolejnego dnia weszliśmy od Ustrzyk na Połoninę Caryńską, przeszliśmy całą, zeszliśmy i zaczęliśmy wchodzić na Wetlińską, żeby noc spędzić w schronisku. Naprawdę - ledwo weszliśmy;), a jak przy szlaku nie było barierek, to musieliśmy trzymać się trawy żeby nie upaść ze zmęczenia;). W końcu jednak weszliśmy, zostaliśmy na noc w Chatce Puchatka, a rano ruszyliśmy dalej. W kilka godzin dokończyliśmy Wetlińską i wróciliśmy do Stefkowej. Ostatniego dnia zrobiliśmy obie Rawki, z których mieliśmy niesamowity widok na wszystko, co w poprzednie dni przeszliśmy...
Dawno żadne miejsce nie zrobiło na nas takiego wrażenia. Pięknie jest w Bieszczadach, cudownie jest chodzić po bieszczadzkich górach, błogo patrzeć jest na bieszczadzkie krajobrazy!
Z Bieszczad pojechaliśmy na Mazury, żeby przez tydzień pożeglować z Darią i Tomkiem.
Nieco zimniej niż na południu, ale miło minął tydzień. Brak wiatru i wiatr gigant, ogromne porcje ryżu, kąpiele w lodowatych jeziorach i niesamowite zachody słońca:). Po prostu, miły tydzień na żaglówce:).
Z Mazur pojechaliśmy do Wawy, gdzie spędziliśmy jeszcze półtora dnia z niesamowitą rodziną, jaką tam mamy:). A w Warszawie jak zawsze cudownie. Stolica jest drugim po Wrocławiu miastem w Polsce, do którego gdy przyjeżdżamy, czujemy się jakbyśmy przyjeżdżali do domu. I niesamowite odkrycie! Au Lac, czyli wietnamska, wegańska restauracja, gdzie menu ma 50 wegańskich pozycji! I co to są za pozycje... wegańskie Pho, wegańska ryba, wegańskie krewetki... czujecie to? Bo nasze podniebienia poczuły rozkosz:)
A z Wawy pojechaliśmy do Torunia, o którym napisaliśmy na początku:).
Miło minął nam wrzesień, który w ekstremalnym skrócie opisaliśmy:). Zdecydowanie zakochaliśmy się w Bieszczadach...
Wszystkie zdjęcia (również zaległe woodstockowe) znaleźć można u nas na picasie (klik), lub po w odnośniku po lewej stronie bloga (ZDJĘCIA 2010-...).
Kiedy skończył się woodstock? Spoglądamy na kalendarz... 6 sierpnia. Wyjechać, w pierwszej wersji do Hiszpanii, mieliśmy zaraz po woodstocku. Czyli blisko miesiąc temu.
A my ciągle tutaj jesteśmy!
Po woodstocku okazało się, że moja noga jednak wciąż nie jest w stanie nigdzie iść. Zrobiliśmy sobie więc kilka dni leczenia nogi. Stwierdziliśmy, że zmienimy jednak nasz cel, czyli 800km drogę pieszo do Santiago, bo mimo, że z nogą było już w miarę ok, to nie na tyle ok, żeby trasę tą w ten sposób, tą nogą, pokonać. I kiedy już byliśmy jedną nogą (ja tą drugą) w drodze, spakowaliśmy nawet totalnie plecaki, po wizycie z Eweliną na basenie w Goerlitz, całej naszej trójce powyskakiwały... czyraki! Jeśli nigdy nie mieliście z tym czymś do czynienia - zalecamy nie mieć! I nie odwiedzać niemieckich basenów! ;) Godziny przeleżane z bólu i ciągła mantra - dezynfekcja, smarowanie, opatrunek, zmiana opatrunku, dezyfekcja, smarowanie, opatrunek, dezynfekcja... i tak w kółko przez blisko tydzień. I ból nie do opisania! I kiedy pozbyliśmy się przyjaciół czyraków... nie, nawet żartem nie nazywajmy tego tak. Kiedy pozbyliśmy się czyraków, spakowaliśmy się jeszcze raz na dobre, wyjechaliśmy nawet, ale po drodze zajechaliśmy na chwilę do Oławy, bo moja (Przemo) mama koniecznie chciała się z nami zobaczyć. Mieliśmy tu spędzić jedno popołudnie i rano jechać. Kto zgadnie co się stało dalej?:)
Wyskoczyliśmy tego popołudnia na basen, bo było 35'c. Wieczorem wszystko zaczęło mnie boleć, a w nocy dostałem gorączki. Przez 48h ciągle walczyliśmy z 40'c gorączką, a w poniedziałek lekarz przepisał mi antybiotyki, do brania przez tydzień i z uwagi na antybiotyk, zakazem wychodzenia na słońce.
I niby na miejscu, ale całkiem przyjemnie mijał nam czas. Większość czasu spędziliśmy, czując się jak ryby w wodzie... w wodzie:). Nigdy chyba nie pływaliśmy tyle co w te wakacje:). Masa pysznego gotowania (ostatniej nocy zrobiliśmy dahl z ryżem i chapati - ach, małe Indie!), ostatnio nawet kilka dni na działce, bo lepiej na działce w cieniu - skoro nie wolno na słońcu - niż w murach, skoro tak piękna pogoda tegorocznego sierpnia:)
I tak dotarliśmy do dziś, czyli do 4 września. W nocy biorę ostatni antybiotyk i rano mamy zamiar już sobie jechać. O ile nic się nie wydarzy dzisiejszej nocy...
Tak się z tym wszystkim obsunęliśmy, że i nigdzie daleko nie będziemy uciekać. Jeździliśmy już bardzo daleko, teraz może przyszła pora na te bliższe okolice. Jedziemy poznać trochę bardziej Polskę:) ...i może jakieś okolice;). Czy ktoś poleca jakieś miejsce warte odwiedzenia?;)
A my ciągle tutaj jesteśmy!
Po woodstocku okazało się, że moja noga jednak wciąż nie jest w stanie nigdzie iść. Zrobiliśmy sobie więc kilka dni leczenia nogi. Stwierdziliśmy, że zmienimy jednak nasz cel, czyli 800km drogę pieszo do Santiago, bo mimo, że z nogą było już w miarę ok, to nie na tyle ok, żeby trasę tą w ten sposób, tą nogą, pokonać. I kiedy już byliśmy jedną nogą (ja tą drugą) w drodze, spakowaliśmy nawet totalnie plecaki, po wizycie z Eweliną na basenie w Goerlitz, całej naszej trójce powyskakiwały... czyraki! Jeśli nigdy nie mieliście z tym czymś do czynienia - zalecamy nie mieć! I nie odwiedzać niemieckich basenów! ;) Godziny przeleżane z bólu i ciągła mantra - dezynfekcja, smarowanie, opatrunek, zmiana opatrunku, dezyfekcja, smarowanie, opatrunek, dezynfekcja... i tak w kółko przez blisko tydzień. I ból nie do opisania! I kiedy pozbyliśmy się przyjaciół czyraków... nie, nawet żartem nie nazywajmy tego tak. Kiedy pozbyliśmy się czyraków, spakowaliśmy się jeszcze raz na dobre, wyjechaliśmy nawet, ale po drodze zajechaliśmy na chwilę do Oławy, bo moja (Przemo) mama koniecznie chciała się z nami zobaczyć. Mieliśmy tu spędzić jedno popołudnie i rano jechać. Kto zgadnie co się stało dalej?:)
Wyskoczyliśmy tego popołudnia na basen, bo było 35'c. Wieczorem wszystko zaczęło mnie boleć, a w nocy dostałem gorączki. Przez 48h ciągle walczyliśmy z 40'c gorączką, a w poniedziałek lekarz przepisał mi antybiotyki, do brania przez tydzień i z uwagi na antybiotyk, zakazem wychodzenia na słońce.
I niby na miejscu, ale całkiem przyjemnie mijał nam czas. Większość czasu spędziliśmy, czując się jak ryby w wodzie... w wodzie:). Nigdy chyba nie pływaliśmy tyle co w te wakacje:). Masa pysznego gotowania (ostatniej nocy zrobiliśmy dahl z ryżem i chapati - ach, małe Indie!), ostatnio nawet kilka dni na działce, bo lepiej na działce w cieniu - skoro nie wolno na słońcu - niż w murach, skoro tak piękna pogoda tegorocznego sierpnia:)
I tak dotarliśmy do dziś, czyli do 4 września. W nocy biorę ostatni antybiotyk i rano mamy zamiar już sobie jechać. O ile nic się nie wydarzy dzisiejszej nocy...
Tak się z tym wszystkim obsunęliśmy, że i nigdzie daleko nie będziemy uciekać. Jeździliśmy już bardzo daleko, teraz może przyszła pora na te bliższe okolice. Jedziemy poznać trochę bardziej Polskę:) ...i może jakieś okolice;). Czy ktoś poleca jakieś miejsce warte odwiedzenia?;)
Oprócz błękitnego nieba...
14.8.11 Kasia i Przemo 5 Comments Category : Poland
Czy można coś jeszcze napisać o tak pięknym festiwalu jak woodstock? Notka ta, mogłaby składać się w zasadzie z samych wypowiedzi, muzyki, zdjęć, klipów. Oddałoby to może więcej niż słowa... ale czy na pewno? Czy można poczuć ten klimat bezpośrednio go nie doświadczając? Z pewnością nie do końca... będzie zatem połowicznie:).
W planach mieliśmy pojawić się już w poniedziałek, ale odrobinę nas odstraszyła pogoda, choć chyba jednak niepotrzebnie, bo żadną ceną byłaby odrobina deszczu za jeszcze jeden woodstockowy dzień:).
Przyjechaliśmy autostopem we wtorek, weszliśmy na woodstockowe pole i poczuliśmy to niesamowite uczucie. Uczucie, które można poczuć bardzo rzadko... czujesz je, gdy niezależnie od tego, którą ścieżką wiedzie twoje życie w końcu tam trafiasz. Gdy nagle wszystkie problemy są nieważne, gdy zajęcia na uczelni, praca i wszystkie te rzeczy, które są niby istotne, nie mają najmniejszego znaczenia. Gdy czujesz się jak w domu...
Kilka jest takich miejsc na ziemii.
Tak. Pierwsze zdanie, które wypowiedzieliśmy po dotarciu na woodstockowe pole brzmiało: fajnie być znowu w domu... :)
"It's just coming together for three days and celebrating life"
Rozbiliśmy się w maćkowej, silnie dredziarskiej wiosce i wchłanialiśmy atmosferę:).
Niesamowicie pokojowi, przyjacielscy i ekstremalnie pozytywni ludzie:), świetne jedzenie w Wiosce Krishny, kilometry zrobione piechotą...
Nasza flaga z pomocą miłego człowieka, który zaproponował wzięcie moich 90kg na barana:) twardo przybita pod sceną. Można ją znaleźć na klipach woodstockowych pod telebimem po prawej stronie - zielona, z czarno-białym napisem, słonecznikami, indyjskim mehandi i oczywiście niebieskimi ptakami:). Dużo kurzu, taniec w deszczu, tańczenie za wozem strażackkim polewającym wodą, kąpiel pod grzybkiem w błocie - i zręczna ucieczka przed fruwającym błotem:). Ogromna ilość dawno nie spotkanych znajomych, ale i nowych ludzi, którzy kojarzą nas z internetu i zauważyli na woodstocku:).
I oczywiście niesamowite koncerty, które sprawiały że z przesytu pozytywną energią, którą wytwarza woodstock, unosiliśmy się niemal kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią:). I nie chodzi wcale o taniec czy skakanie:), ale o przepełnioną radością duszę:). Raggafaya grająca cover Manu Chao:), PodobaMiSię, Etna i w końcu udało nam się dotrzeć na GaGa Zielone Żabki!!:) Nieziemski koncert! Luxtorpeda, Enej, świetne show Łąki Łan... Jahcoustix! ...i najlepszy koncert na jakim byliśmy w życiu - TALCO!:) Zdecydowanie, na Talco istniała tylko muzyka i my...:).
Nie da się tego wszystkiego ubrać w słowa... to trzeba poczuć:). Na koncerty można zerknąć na owsiaknet.pl, atmosfery niestety przez internet nie da się przekazać;).
Jeszcze świetny film, który znaleźliśmy w internecie, okraszony opisem:
Hipisi wcale nie wyginęli. Możecie ich zobaczyć raz do roku na Przystanku Woodstock, bawiących się w błocie - i jeśli przyjrzycie się uważnie, nie dostrzeżecie żadnego brudu - tylko miłość i przyjaźń.
Niestety nie wszystkie zdjęcia jeszcze do nas dotarły:), ale jak dostaniemy resztę to doupdateujemy;) Póki co kilka DariowoTomkowych:)...


...nic nam więcej nie potrzeba.
W planach mieliśmy pojawić się już w poniedziałek, ale odrobinę nas odstraszyła pogoda, choć chyba jednak niepotrzebnie, bo żadną ceną byłaby odrobina deszczu za jeszcze jeden woodstockowy dzień:).
Przyjechaliśmy autostopem we wtorek, weszliśmy na woodstockowe pole i poczuliśmy to niesamowite uczucie. Uczucie, które można poczuć bardzo rzadko... czujesz je, gdy niezależnie od tego, którą ścieżką wiedzie twoje życie w końcu tam trafiasz. Gdy nagle wszystkie problemy są nieważne, gdy zajęcia na uczelni, praca i wszystkie te rzeczy, które są niby istotne, nie mają najmniejszego znaczenia. Gdy czujesz się jak w domu...
Kilka jest takich miejsc na ziemii.
Tak. Pierwsze zdanie, które wypowiedzieliśmy po dotarciu na woodstockowe pole brzmiało: fajnie być znowu w domu... :)
"It's just coming together for three days and celebrating life"
Rozbiliśmy się w maćkowej, silnie dredziarskiej wiosce i wchłanialiśmy atmosferę:).
Niesamowicie pokojowi, przyjacielscy i ekstremalnie pozytywni ludzie:), świetne jedzenie w Wiosce Krishny, kilometry zrobione piechotą...
Nasza flaga z pomocą miłego człowieka, który zaproponował wzięcie moich 90kg na barana:) twardo przybita pod sceną. Można ją znaleźć na klipach woodstockowych pod telebimem po prawej stronie - zielona, z czarno-białym napisem, słonecznikami, indyjskim mehandi i oczywiście niebieskimi ptakami:). Dużo kurzu, taniec w deszczu, tańczenie za wozem strażackkim polewającym wodą, kąpiel pod grzybkiem w błocie - i zręczna ucieczka przed fruwającym błotem:). Ogromna ilość dawno nie spotkanych znajomych, ale i nowych ludzi, którzy kojarzą nas z internetu i zauważyli na woodstocku:).
I oczywiście niesamowite koncerty, które sprawiały że z przesytu pozytywną energią, którą wytwarza woodstock, unosiliśmy się niemal kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią:). I nie chodzi wcale o taniec czy skakanie:), ale o przepełnioną radością duszę:). Raggafaya grająca cover Manu Chao:), PodobaMiSię, Etna i w końcu udało nam się dotrzeć na GaGa Zielone Żabki!!:) Nieziemski koncert! Luxtorpeda, Enej, świetne show Łąki Łan... Jahcoustix! ...i najlepszy koncert na jakim byliśmy w życiu - TALCO!:) Zdecydowanie, na Talco istniała tylko muzyka i my...:).
Nie da się tego wszystkiego ubrać w słowa... to trzeba poczuć:). Na koncerty można zerknąć na owsiaknet.pl, atmosfery niestety przez internet nie da się przekazać;).
Jeszcze świetny film, który znaleźliśmy w internecie, okraszony opisem:
Hipisi wcale nie wyginęli. Możecie ich zobaczyć raz do roku na Przystanku Woodstock, bawiących się w błocie - i jeśli przyjrzycie się uważnie, nie dostrzeżecie żadnego brudu - tylko miłość i przyjaźń.
Niestety nie wszystkie zdjęcia jeszcze do nas dotarły:), ale jak dostaniemy resztę to doupdateujemy;) Póki co kilka DariowoTomkowych:)...


Oraz jeszcze jedno wyjątkowe... w którym Kasia w półmilionowym tłumie załapała się na fotkę zrobioną przez reportera wośp;)
Po powrocie zdążyliśmy jeszcze wyskoczyć na dwa dni do Eweliny do Zgorzelca, a teraz już na początku tygodnia gdzieś uciekamy:) Jeszcze do końca nie zdecydowaliśmy gdzie, ale mamy ochotę na włóczęgę z plecakiem, namiotem i gazowym palnikiem;).
...nic nam więcej nie potrzeba.
Wcale, wcale nie. Wbrew pozorom, które stworzyła nasza blogowa absencja, ciągle prowadzimy tego bloga. Nie porzuciliśmy go, nie wyprowadziliśmy się stąd ani nic z podobnych rzeczy. Po prostu... ostatnio nam się nie chciało;).
Witamy się ponownie, niektórych zaskakując że nie piszemy wcale z GB. Wybyliśmy na przełomie czerwca i lipca do Szkocji, ale szybciej w sumie stamtąd wróciliśmy niż się tam zebraliśmy:). Nie wnikając w szczegóły - było do dupy:). Jesteśmy więc w Polsce i mamy wakacje;), a do GB wrócimy po wakacjach, gdy na wyspach znów będzie więcej Brytyjczyków niż Polaków.
Byliśmy też ostatnio z moją mamą nad morzem:). Trafiliśmy idealnie w lukę pogodową - między jednym deszczem, a kolejnym. Padało od 3 dni przed wyjazdem, całą drogą, a gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, deszcz automatycznie przestał padać:). Towarzyszyło nam przez 3 dni słońce i gdy wyjechaliśmy... znów zaczęło padać:). Zabraliśmy ze sobą 15-letni namiot, który rozkładany był w swojej historii tylko raz - 15 lat temu:). Pomęczyliśmy się z nim 3. godziny, bez instrukcji... ale udało się:). Spacery plażą, opalanko:), kąpiele i codzienne zbieranie grzybów, żeby na każde śniadanie zjeść jajecznicę ze sieżo zerwanymi grzybami. Ewentualnie grzyby z jajecznicą, bo bywało, że było ich zdecydowanie więcej. Niesamowicie przyjemne, wakacyjne 3 dni, że aż szkoda było stamtąd wyjeżdżać...
Więcej zdjęć po kliknięciu na link: https://picasaweb.google.com/wesyasih/Miedzywodzie
Uciekamy jutro z Darią i Tomkiem do Zielonej, a we wtorek jedziemy na woodstock!:) Po woodstocku w planach mieliśmy przejść się na hiszpański, 750-kilometrowy spacer z Irun do Santiago, spełniając swoje marzenia o przejściu pieszo tylu setek kilometrów, ale od wczoraj nasz wyjazd stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Przy okazji zakupów w Decathlonie, poszliśmy pograć w piłkę, a że nie uprawiałem tego sportu chyba od liceum, skończyło to się chyba naderwaniem więzadeł stawu skokowego... ciężko co prawda zdiagnozować, czy to stuprocentowo ponadrywane więzadła, natomiast faktem jest, że od wczoraj nie mogę stanąć na nogę... i nie wiemy co tu dalej począć. Zobaczymy.
Znalazł się też w końcu czas, żeby posegregować i powrzucać zaległe fotki na picasę. Ostatni dodany album był... z Delhi, sprzed roku:) No a teraz jest wszystko zaktualizowane:). Wystarczy kliknąć w link: http://picasaweb.google.com/wesyasih , lub po lewej stronie bloga (ZDJĘCIA - 2010-...). Pozdrowienia... i do zobaczenia na woodstocku!:) Idziemy dalej grać w kalambury...;)
Witamy się ponownie, niektórych zaskakując że nie piszemy wcale z GB. Wybyliśmy na przełomie czerwca i lipca do Szkocji, ale szybciej w sumie stamtąd wróciliśmy niż się tam zebraliśmy:). Nie wnikając w szczegóły - było do dupy:). Jesteśmy więc w Polsce i mamy wakacje;), a do GB wrócimy po wakacjach, gdy na wyspach znów będzie więcej Brytyjczyków niż Polaków.
Byliśmy też ostatnio z moją mamą nad morzem:). Trafiliśmy idealnie w lukę pogodową - między jednym deszczem, a kolejnym. Padało od 3 dni przed wyjazdem, całą drogą, a gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, deszcz automatycznie przestał padać:). Towarzyszyło nam przez 3 dni słońce i gdy wyjechaliśmy... znów zaczęło padać:). Zabraliśmy ze sobą 15-letni namiot, który rozkładany był w swojej historii tylko raz - 15 lat temu:). Pomęczyliśmy się z nim 3. godziny, bez instrukcji... ale udało się:). Spacery plażą, opalanko:), kąpiele i codzienne zbieranie grzybów, żeby na każde śniadanie zjeść jajecznicę ze sieżo zerwanymi grzybami. Ewentualnie grzyby z jajecznicą, bo bywało, że było ich zdecydowanie więcej. Niesamowicie przyjemne, wakacyjne 3 dni, że aż szkoda było stamtąd wyjeżdżać...
Więcej zdjęć po kliknięciu na link: https://picasaweb.google.com/wesyasih/Miedzywodzie
Uciekamy jutro z Darią i Tomkiem do Zielonej, a we wtorek jedziemy na woodstock!:) Po woodstocku w planach mieliśmy przejść się na hiszpański, 750-kilometrowy spacer z Irun do Santiago, spełniając swoje marzenia o przejściu pieszo tylu setek kilometrów, ale od wczoraj nasz wyjazd stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Przy okazji zakupów w Decathlonie, poszliśmy pograć w piłkę, a że nie uprawiałem tego sportu chyba od liceum, skończyło to się chyba naderwaniem więzadeł stawu skokowego... ciężko co prawda zdiagnozować, czy to stuprocentowo ponadrywane więzadła, natomiast faktem jest, że od wczoraj nie mogę stanąć na nogę... i nie wiemy co tu dalej począć. Zobaczymy.
Znalazł się też w końcu czas, żeby posegregować i powrzucać zaległe fotki na picasę. Ostatni dodany album był... z Delhi, sprzed roku:) No a teraz jest wszystko zaktualizowane:). Wystarczy kliknąć w link: http://picasaweb.google.com/wesyasih , lub po lewej stronie bloga (ZDJĘCIA - 2010-...). Pozdrowienia... i do zobaczenia na woodstocku!:) Idziemy dalej grać w kalambury...;)














































